Normalny człowiek robi prawko, kupuje auto i sunie po szosach chłodząc łokieć :D.
Idalka jak ze wszystkim – ma inaczej.
Prawko zrobiła 21 lat temu z okładem, skuszona przez mamusię, że pozwoli uzytkować jej furę, czyli fiata 126p. Po otrzymaniu prawka mamusia jednak zmieniła zdanie i nie pozwoliła użytkować fury i tak Idalka musiała posuwać się do uczynków niezgodnych z prawem, zwijać jej od czasu do czasu kluczyków i papierów, by móc sobie ten łokieć i te szosy zaliczać.
Po roku gdzieś mamusia połapała się w tym, że hoduje przestępcę w domu i zaczęła chować i kluczyki i papiery tak, że nie mogłam ich znaleźć. Podejrzewam, że albo nosiła je w fartuszku przy pupie, albo chowała pod poduszkę.
A Idalka tak jeździć lubiła,
Smutne – prawda?
( jakieś debilne dziecko lata pod oknami właśnie i rozdziera swoją paszczę rycząc obłędnie – koszmar; jak nie przestanie, obleję wodą! Słowo!)
Niedługo potem Idalka dostała od losu cudownego męża, który nie sprawdziwszy nawet jej umiejętności motoryzacyjnych, po prostu stwierdził, że Idalka nie umie jeździć i nie pozwalał dotknąć jej kierownicy. Idalka uwierzyła na słowo, bo tak ją wychowano, by wierzyć innym i się innych słuchać.
Wprawdzie, kiedy jako rodzina Idalka posiadała krążownika szos wielkiego i długiego, mogła nim kilkanaście razy powozić się po mieście – to były awaryjne przypadki, kiedy podczas wizyt towarzyskich mąż zapił, a Idalka nie. I wtedy Idalka i pijanego męża i dziecko i siebie i samochód szczęśliwie i bezpiecznie do domu dowoziła. Ale któregoś dnia mąż na trzeźwo powiedział, że tamte razy się nie liczą, bo on był pijany i nie mógł ocenić mojej jazdy,o!.
I Idalka znów uwierzyła, bo tak należy, prawda?
Czas płynął, Idalka przestała wierzyć mężowi, potem go przegoniła w pizdu i udało się jej po kilku latach uwierzyć może niekoniecznie w to, że umie jeździć, ale przede wszystkim w siebie. No dobra. Niekoniecznie tak do końca, ale postępy są.
Mijały lata i Idalka zamiast pławić się w luksusach i szczęsciu, ze pozbyła się pasozyta i niszczyciela, spłacała długi i marzyła, że kiedyś wyjdzie na zero.
Idalka spłacała długi tyle czasu, ile trwało jej małżeństwo.
Takie fatum albo fart – mogła przecież abo trwać dłużej w małżeństwie (brrrrrrrrrrrr) albo dłużej spłacać dlugi, prawda?
I właśnie dlatego dopiero po 21 latach od zrobienia prawka, u Idalki ponownie zaistniała możliwość ucywilizowania się mocniejszego i zamiast per pedes, to in vehiculum się poruszać.
W ramach budowania wiary w siebie, Idalka po części zbudowała sobie wiarę w to,że umie jeździć, tylko zapomniała i kwestią chwili jest powrót do przeszłości.
Tyle drogą wstępu – przydługawego, ale od kiedy to Idalka wyraża się krótko i zwięźle?
(No chyba że jednym słowem ocenia sytuację, mówiąc: O kurwa!!!!)
Wczoraj Idalka odbyła pierwszą godzinę jazdy z intruktorem. Jazda była nie z tej ziemi – słowo JAZDA traktuję wieloznacznie.
Pan Instruktur: Witaj. Siadaj, Jedziemy.
Kursantka Idalka: Witam. A w życiu nie pojadę. Zwariował Pan?!
PI – Siadaj. Szkoda czasu na pierdoły.
KI (otwierając drzwi od strony kierowcy) – Ja tam jestem ubezpieczona, a pan?
PI (rzucając od strony pasażera, na fotel kierowcy grubszą czerwoną wypierdzianą poduszkę)
- siadaj mówię. Będzie dobrze. Masz poduszkę, bo widzę że ty z tych krótszych.
KI – ale panie Tadziu. Ja myślalam, że najpierw pan mnie na placyk dowiezie, tam sobie przypomnę, które toto hamulec,a które gaz, że sobie porobię kółeczka i dopiero pojadę na ulicę, do ludzi.
PI – siadaj mówię. Będzie dobrze.
No to siadłam, przecież nie będę się kłócić, bo płacę 5 dych za godzinę a nie za efekt nauki.
Pan Tadzio siadł, pokazał mi gdzie jaki pedał. A potem zapytał:
wiesz co to jest sprzęgło?
Noooooooo; eeeeeeee; lewy pedał i potrzebny jest do zmiany biegów???
Pan Tadzio wziął więc karteczkę i narysował mi autko z profilu ( chyba lewego) i narysował flaczki autka, w tym silnik jako prostokąt i baaaardzo szczegółowo narysował jak działa sprzegło. O dziwo, zrozumiałam jego rolę i zadania za pierwszym razem!
I chowając rysunek do schowka, spokojnym tonem powiedział:
no to ruszamy – i uśmiechnął się do mnie szeroko!
A staliśmy na parkingu jednego z marketów przy głownej, przelotowej ulicy miasta, która w tym czasie jest zawsze oblężona!
Wciągnęłam powietrze, ustawiłam lusterka ( pamiętałam!) i ruszyłam wciskając czubki palców w sprzegło (fotel w maksymalnym przysunięciu do przodu umożliwia mi sięganie do sprzęgła końcówką stopy! – jednak maluchy były dla mnie bardziej przystosowane).
Dzielnie przejechałam jakąś 20tką pół parkingu do wyjazdu, przyhamowałam, Pan Instruktor mówi – Jedź!
A co mówi Idalka?
o nie nie panie Tadziu! Teraz to ja jestem pasażer po angielskiej stronie, a pan prowadzi tymi swoimi pedałkami! Ja stąd nie wyjadę!
Pan Tadziu oznajmił mi, że on w swoich pedalkach to ma sprzęgło i hamulec, gaz mam tylko ja, a bez gazu to nie pojedziemy.
Co miałam zrobić?
Wyjechaliśmy trochę dziwnie, bo ja deptałam gaz, pan Tadzio robił resztę, a ja miałam przerażony wyraz twarzy – oby nikt ze znajomych mnie nie widział ( to myslę teraz, nie wtedy, wtedy chciało mi się siku ze strachu).
Myslalam bowiem w tym czasie jedno:
kuuuuuuurwaaaaa!! co ja zrobiłam????!!!!!! mogłam sobie zrobić kuchnię w zabudowie i do maroka pojechać i jeszcze by mi na inne luksusy starczyło, to nie – kupiłam sobie auto!!!! ja pierdolęęęęęęęę!!! na grzyba mi to auto!!!! już nie mogę kupna cofnąć!!!! opłaty porobiłam!!!
Tak więc wyjechaliśmy z parkingu, włączyliśmy się do ruchu drogowego i z ulgą przyjęłam wiadomość, że jedziemy na odludne wiochy. No i jechaliśmy. O ile jazdą można nazwać 20-25 km na godzinę, jakie wyciskałam z tego smoka nauki jazdy: fiata pandy :D.
I tak sobie jechaliśmy miło, pan Tadzio opowiadał mi historię swego życia, przeplatając ją pytaniami w stylu:
od kiedy znaki drogowe obowiązują kierowcę?
Że eeeeeeeeeeee? Że co?!
Od kiedy znaki drogowe obowiązują kierowcę?
Panie Tadziu, jak już je zobaczą????
dobrze! Oznajmił radosnie pan Tadzio.
No nie wiem – mruknęłam pod nosem – bo ja od parkingu nie widziałam zadnego znaku, a przejechałam dwa skrzyżowania i jedno rondo.
Będzie dobrze. Nie przejmuj się.
I znów jedziemy. Chwilami na wioskach, kiedy szosa była pusta i szeroka i prosta, puszczałam wodze szaleństwa i rozpędzalam się do 40tki! Ale każde auto probowało mnie rozjechać – miałam takie wrażenie!
Ale – muszę się pochwalić – wyczuwałam momenty, kiedy należy zmieniać biegi – jakoś tak instynktownie???? Jednak nie zmieniałam, póki pan Tadzio nie kazał :D. tylko po fakcie pytałam:
tu to powinnam była zmienić bieg, prawda?
No mogłaś, ale teraz już zostaw – i znów jechaliśmy.
A potem na jakiejś wsi mielismy wyjechać na uczęszczaną drogę i zestresowałam się. Sztywna jak kołek dostałam blokady ruchowo-myslowej, reagowałam potwornie wolno i bałam się każdego auta. Podejrzewam, że i krowy bym się w tej chwili wystraszyla, gdyby dystyngowanie, jak to krowa, szła brzegiem szosy.
Ale wyjechałam z tego piekła, jakim było wiejskie skrzyżowanie :D.
panie Tadziu. Czy trafili się panu kursanci, którzy nie nadawali się na kierowcę?
No zdarzyło się.
I co?
No nic. Jakoś dawali radę.
Nastąpiła cisza.
panie tadziu. A trafili się panu tacy, których nie dało rady w ogóle nauczyć jeździć?
Znów nastapił krótki moment ciszy.
Ty dasz radę, mówię ci: będzie dobrze.
Jak pan mówi, to pan wie. Szkoda że ja nie.
Tak sobie refleksyjnie zrymowałam i dalej ćwiczyłam na wiejskiej dróżce hamowania i zmiany biegów. Uda napięte do granic możliwości, rece luźniutkie na kierownicy, no luzik, ale ramiona jak skała, a kręgosłup po 20 minutach napierdalał mnie niemiłosiernie, bo jak siadłam na parkingu tak nie drgnęłam w tym odcinku ciała.
A pan Tadzio widoki mi każe podziwiać:
spójrz na wielką sowę, jak pieknie widać.
A ja trzymając sztywno łeb przed siebie zerkam wykręcając lewe oko w bok aż do bólu żyłki
eche, ładnie.
A pan Tadzio dalej tortury:
a tu widzisz, teraz za wcześnie, ale tak w maju to jest zawsze wysyp konwalii.
Więc ja znów prawe oko nadwyrężając mamroczę:
eche, i jadę dalej.
Jedziemy dalej i pan Tadzio pyta, czy widziałam coś tam po lewej. Ja że nie, a on:
jak to nie widziałaś?
Bo można by było toto wyciać, bo mi przeszkadza ( i pokazuję na ten słupek metalu między przednią i boczną szybą od strony kierowcy).
Pan tadzio radosnie orzekł, że wytniemy, wytniemy.
eche, orła, jak ja tak bacznie wszystko obserwuję (mruknęłam mało radosnie).
A potem.
Poooooooooootem.
Wjechalismy na obwodnicę nowiutką, mało uczęszczaną o tej porze i Idalka rozwinęła skrzydła i depnęła gazu i nagle jak młody bóg pomknęła 50 km na godzinę!
Ten wiatr we włosach!!!
Oto ja!!! pogromca wiejskich szos!!!
Żarło pięknie, ale zdechło na oblężonej głownej krzyżówce wylotowej miasta, gdzie niby skontrolowałam wszystko i dałam radę i nie zdechło mi na zielonym swietle i mknę przez tę krzyzowkę na zielonym, a pan Tadzio do mnie:
a na boki się rozejrzałaś?
No przegiął!
Prawie się zatrzymalam, ale tylko prawie i jedynie z żalem w głosie wygulgałam:
Panie Tadziu, no jak pan może! Zmiana pasa, zwolnij gaz, przyhamuj, sprzęgło raz, luz, żółte swiatło, sprzęgło dwa, jedynka, światło zielone, gaz, bez zdechłego silnika, nie szarpałam, płynnie ruszyłam,a pan mi się o rozglądanie pyta, jak pan mooooooże noooooooo????
No to przejechaliśmy tę kurewską krzyżowkę trzy razy :D.
Kiedy po godzinie wysiadłam pod domem, pan Tadziu pyta: to co, w domku jeszcze na sucho pojeździsz, co?
a w życiu!!! mięsnie mnie bolą, jakbym tonę węgla przerzuciła!!! ale widział pan?! :D wjechałam na parking i zaparkowałam pod płotem a nie na płocie, a tego się bałam najbardziej :D.
I tak oto zakończyła się moja pierwsza po 21 latach, lekcja jazdy.
Następna w niedzielne południe. Jak w kościółkach będą dzwony biły :D.
Obym ja w tym kościelnym czasie też dzwona nie zaliczyła.
No ale oboje z panem Tadziem jesteśmy ubezpieczeni :D.
Kiedy dotarłam na kanapę, zadzwoniłam do mamy i przeprosilam szczerze za wszystkie te razy, kiedy zwracałam jej uwagę, że źle jeździ.
Moja mama jeździ genialnie!!!
W porównaniu do mnie – rzecz jasna :D.