Archiwum autora

ciężar właściwy

miałam trudny okres;

po pierwsze dół z powodu doła, czyli bycie sobą na całego;

po drugie – w piątek przeżyłam swoją pierwszą stłuczkę;

nie chce mi się pisać ze szczegółami;

jechałam rano do pracy wąską boczną uliczką, jakieś 35 km/h; nie wiem dlaczego,ale nie zobaczyłam świateł stopu w aucie przede mną; wcisnęłam hamulec do podłogi i patrzyłam jak w zwolnionym tempie zbliżam się nieustannie do tyłu srebrnego forda mondeo;

stuknęłam pana; wyszłam z wozu, spytałam pana o to, czy nic mu się nie stało, spojrzałam na swoje auto i załamanym głosem powiedzialam tak z  żalem i od serca:

kuuuuuuuuuuurwa, a miałam jutro jechać na myjnię;

tak oto zareagowałam po swojemu; nic dodać nic ująć;

facet ma tylni zderzak porysowany moją plastikową ramką od tablicy rejestracyjnej; a ja mam do wymiany atrapę grila i wymianę przedniego zderzaka oraz tego co pod nim czyli jakichś plastików kratek,szmatek itp itd; dobrze,że wykupiłam ac; wczoraj był rzeczoznawca; auto leciwe, więc ac kosztorysowe,ale może przy dobrych wiatrach odszkodowanie starczy mi na całość naprawy;

jednak od piątku do niedzieli gryzłam się okropnie;

czy to ja nieudolnie prowadziłam, czy to naprawdę ostre nisko świecace słońce mnie oślepiło, czy to hamulce;

okazało się że hamulce; przednie; prawy w ogóle nie chwyta tarczy, lewy nie wiele lepiej;

opatrzność nade mną czuwała;

za 3 tygodnie miałam jechać do opola samodzielnie; gdyby to było na drodze szybkiego ruchu :/

nie jechałabym 35 km/h;

strach pomysleć;

ale czas trudny;

napięcia i w domu – kangur zrobił sobie drugi raz w życiu jednodniowe wolne od szkoły o niczym mi nie mówiąc; no niby ma sankcje; zabrałam jej prawa obywatelskie w domu; ma tylko obowiązki; ale smutek i jakaś gorycz pozostała we mnie;

napięcia i w pracy – dziś roczne zebranie; poniosło innych; poniosło i mnie; wyrzygalam co mialam na wątrobie; może to i dobrze; takie ogólne oczyszczenie organizmu firmy; pożyję, zobaczę; ale znów niesmak i gorycz;

fizyczne napięcie – zmiany pogody to zmiany ciśnienia, a zmiany ciśnienia to moje niekończące się i nagłe globusy; dziś popłakiwałam sobie z bólu; obyło się bez przygód czyli bez pogotowia; ale jeszcze kilka dni takich skoków i znów wyląduję na izbie przyjęć tłukąc glową w scianę;

a dziś w nocy snił mi się serek;

przytulał mnie i glaskał po głowie; to był miły sen; dlaczego człowiek nie potrafi mimo ogromu chęci, wyrugować pewnych spraw ze swojej głowy i serca? dlaczego tak bardzo staram się,a nie potrafię zapomnieć, w dodatku kogoś, z kim tak naprawdę nie byłam? bo czy to co było można nazwać byciem?

przecież to żałosne, ten mój przypadek;

i co? i nic; jakoś będę zyć dalej;

na wszelki wypadek nie będę jeszcze dłuższy czas prowadzić auta w butach na wysokim obcasie;

kangur zapewne do końca roku nie wpadnie ponownie na debilny pomysł wagarów w domu;

hamulce wymieni mi przemiły pan zenek za free; tylko kupię części;

w pracy za kilka dni wszystko wróci do normy;

serek zapewne dłuższy czas już mi się nie będzie snił;

a bóle glowy zawsze mogę zmniejszyć workiem pyralginy i zimnymi okładami;

co zatem jest tak naprawdę ważne w życiu?

przez te kilka dni został naruszony spokój w każdej sferze mojego życia, pracy, domu i uczuć;

a mi najsmutniej było z powodu pukniętego autka; bo popsuła mi się zabaweczka;

ciężar właściwy każdego z tych wydarzeń będzie dla mnie inny niż dziś, już za kilka dni;

dlaczego więc dziś się nimi przejmuję?

Bo się z lekka zirytowałam – oględnie mówiąc

W weekend do kangura przyszła nocować koleżanka i obie z ranka obwieściły mi, że oficjalna piosenka polska na euro jest beznadziejna i żenująca.

Zażyczyłam sobie wysłuchać tej piosenki.

A potem kilku innych konkurentów.

A potem irlandzkiej pieśni zwycięskiej.

A potem znów nasze koko.

 

Dla mnie bomba !!!- orzekłam radośnie pomyślawszy jednocześnie, że w końcu coś nam wyszło i to nie bokiem, ale całkiem nieźle :)) (w pamięci mam ciągłe wybory dramatyczne na eurowizję).

 

Dziewczyny rzuciły się do mnie słownie z zębami – jak to?! Taka kicha?! Taka wsiówa?! 90-letnie babcie hymn, sportowy ?! I tym podobnie.

O żesz ku !!! – zatrzęsło mną wewnętrznie.

Spytałam, czy patriotycznym, czysto polskim, narodowym, byłby wybór śpiewającej polski hymn sportowy po angielsku niemieckiej mulatki.

Małolaty zatchnęło na wdechu i zmilkły.

No nie – rzekły zgodnie no i piosenka też lipa.

Kazałam im puścić Marylkę. W połowie zaczęły się wiercić. Spytałam, czy ten hymn zagrzewa je do boju i dodaje energii.

Koleżanka orzekła, że przy takiej muzyce to jej tato by usnął przy piwie.

No to jaki macie wybór?! Zapieniłam się ostro.

A zakopower – krzyknęło moje dziecko z nadzieją w oku, bo wie,że ja ten tego zakopower i wokalistę też ten tego i to nawet szczególnie.

Wiesz co Miśka? Niby fajnie, tylko kurcze, refrenu u nich nie uświadczysz, pomijając fakt, że melodyjka to ostro regionalna i skądś mi znana tak w ogóle. Lipę panowie odwalili tym razem i tyle.

Ale mamooooooooooo!!!!

Staruszki na euro?!

Osz ty pindo niedojrzała!!! Pipko wredna, a niemysląca!!! Po pierwsze, to ja bym sama chciała osobiście dożyć wieku tych starszych pań!!!

Po drugie, jak już bym dozyła, to z taką ikrą, jaką one mają – franco jedna!!!

A po trzecie, sama kiedyś będziesz stara, będziesz miała te 40 czy 50 lat, zobaczysz jak to jest, niech ci to wtedy dzieci twoje uświadomią, cóżeś teraz myslała,ooo!!!

Dziecko zagdakało radośnie, że och ach mamusia młoda i ikrę ma i takie tam, gnida jedna, żmija na mym łonie!!!

Uciszyłam dwuosobowe tatałajstwo i ostro zapytałam:

Rytm ma?

No ma.

Łatwą linię melodyczną ma?

No maaaa.

Tekst wpada w ucho?

No wpadaaaa eeeeeeeee.

Zaspiewa angol i niemiec?

Nooooooooooo. No da radę.

Zaśpiewa polski pijaniutki kibolek?

Noooooooo – i wyszczerzyły zeby.

Baby jarzębinowe polskie są?

Nooooo są.

Śpiewają ludowo?

No niby tak.

No to to się laski na zachodzie folk nazywa. Taki modny ostatnio trend w muzyce.

A muzyczka w tle dobrej jakości?

Noo. Dosyć fajna.

No to cipki jedne jest i luźno i ludowo i patriotycznie i w dodatku nie wiją się młode cycate plastikowe laski, których widok powszechny w mediach już mnie mdli, tylko baby polskie, z ikra i jajem, sól ziemi naszej!!!

Się spieniłam i ostatnie słowa z uniesieniem wyrzuciłam z siebie.

No to na tę sól beknęły młode smiechem, przeturlały się po kanapie, ja połaziwszy po pokoju i pofukawszy jak stara baba, orzekłam im, żeby teraz powiedziały co myślą o koko.

Stwierdziły, że nie jest taka zła po moim wykładzie :D.

 

Bo ja się na muzyce nie znam. Mi się albo coś podoba albo nie.

Ale powszechny wstyd i brak szacunku dla starości, dla elementów narodowych, dla polskości jako takiej, dla inności, której się nie uświadczy w mtv czy vivie – po prostu nie to że mnie irytuje, denerwuje czy drażni.

Mnie to katastrofalnie po prostu wkurwia!!! Ot co!!!

Powiedziałam im, ze zadzwonię do wychowawczyni, żeby im godzinę wychowawczą na temat tożsamości narodowej i przynależności do kraju zrobiła.

Przecież te matoły się tak beznarodowe robią, że cholera mnie bierze jasna i zaczynam wtedy myśleć przychylnie o Kaczyńskim!!!

datowanie

Sezon grilowy można uznać za rozpoczęty. Moim uczuleniem na słoneczko :).

Pomimo osłaniania się przed pięknym słońcem, przygrzałam sobie lewy profil łącznie z czubkiem nosa i połowę (lewą) dekoltu.

W koncu poznałam dochodzącego Anki. Ukrywała go przede mną ponad rok czasu :D. Dziś nie było wyjścia. Na opijanie jej autka zaprosiła mnie miesiąc temu, ukochanego miało nie być, ale przyjechał gnany tęsknotą.

Rozumiem Ankę i jej podejście. Może mnie to bawić, może ciut smieszyć, ale każdy orze jak morze.

Jednak pierwsze wrażenie facet zrobił koszmarnie złe na mnie. Gdybym miała 20 lat, pewnie sikałabym na jego widok. Dziś tylko odwracałam zniesmaczony wzrok.

Ania opróżnia wielkie ustrojstwo, na którym możnaby zgrilować i pół prosiaka, a on przyglądał się temu z RĘKAMI W KIESZENIACH!!!!

Ania ciągnie siatkę emerytkę na kółkach z resztkami biby do domu, a on idzie sobie przed nią Z RĘKAMI W KIESZENIACH !!!

To, że ona sobie na to pozwala, to jej problem i jej wybór faceta. Tak chce, tak ma.

Ale on dla mnie jako facet – cóż. Dobrego pierwszego wrażenia nie zrobił chłop, oj nie zrobił.

Wczoraj zrobiłam sobie samodzielną lekcję jazdy nr 4. Kiedy wróciłam po niej pod dom, stanęłam pośrodku parkingu i zadzwoniłam po sąsiada, żeby mi zaparkował. Ja miałam dosyć. Stres zżarł mnie od środka i od zewnątrz. Ja lubię robić wszystko BARDZO DOBRZE. I lubię, jak wychodzi mi to od początku. I jestem do tego najzwyczajniej przyzwyczajona.

A w przypadku jazdy – mam za mało cierpliwości, za mało odwagi i jak powiedział pan Tadzio – za mało wiary w siebie.

Nawet spocone z przejęcia ( po przejażdżce ze mną) dziecko orzekło, że kiedy nie ma ludzi i samochodów, prowadzę super, tylko się przy innych autach i ludziach zacinam.

No i grzywka włochata z tym. Muszę to przezwyciężyć. Dlatego w swięto pracy mam kolejną godzinkę jazdy z instruktorem.

A dlaczego datowanie?

Bo pierwszy raz od 17 lat zapomniałam, że dzisiaj rocznica obu slubów z EXcentrycznym.

Przypomniałam sobie o tym jedynie dlatego, że na pulpicie komputera mam gadżet w postaci info tvn24 i zobaczylam tam chwilkę temu dzisiejszą datę.

Przestaję datować przeszłość – to chyba dobra nowina :).

nauka jazdy wg Idalki cz. 2

Druga godzina jazdy nie była już tak ekscytująca. Idalka przez kilka dni za radą instruktora jeździła “na sucho”, czyli jadąc jako pasażer w myślach wykonywała wszystkie należne czynności w danym momencie jazdy. Jeśli jechała z mamusią, mówiła na głos i pytała mamusi czy dobrze mówi. A mamusia odpowiadała, że Idalka mówi dobrze.
Tak więc na drugiej godzinie jazdy z instruktorem Idalka już nie nadrywała zyłek gałek ocznych, ale miała odwagę lekko ruszać szyją na boki, co skutkowało szerszym polem widzenia :D. W godzinę Idalka zjechała całe miasto, a instruktor łagodnie Idalkę, bowiem uznał, że Idalka nie odrobiła zadania domowego, jakim jest ruszanie po hamowaniu. Był w błędzie. Idalce po prostu samo się tak robiło,że autem szarpało. Ona prawidłowo wykonywała wszystkie czynności, to pedały są złe, a nie że Idalka krnąbrna i leniwa, albo co gorsza matolasta. Przecież na pierwszej lekcji umiała. To amnezji nie ma i nadal umie, tylko chyba autko ma zły humor.
Idalka dalej nie wie, czy instruktor przyjął powyższe tłumaczenie do wiadomości, czy je zignorował i nadal myslał swoje :D.
Idalka prowadziła autko w godzinach szczytu. I chwilami czuła się jak młody bóg za kółkiem. Zaczęła albowiem przypominać sobie, że ona w swej prehistorii uwielbiała powadzić autko.
Ale godzina się skończyła niespodziewanie szybko i zmęczona, jednak szczęśliwa Idalka wróciła do domu ćwiczyć “na sucho”. Trzecie lekcja z instruktorem musiała zostać odwołana na przyszły tydzień aż, bo Idalka dostała tak poteżnego globusa, że brała już pod uwagę opcję pogotowia. Na szczęscie globus minął, ale czas również.
Wczoraj Idalka prosto z pracy pognała świńskim truchtem na zebranie szkolne swej pierworodnej i jedynej, a po zebraniu śmignęła komunikacją miejską na drugi koniec miasta – po swoją furę w końcu!!!
Bo doszła do wniosku, że po 22ej na ulicach jest spokój i to są idealne warunki do jej pierwszej samodzielnej jazdy :D.

Ale to już 3 lekcja – tyle że bez pana Tadzia.
Jeszcze nią zyję. Jak przetrawię swoją jazdę na bosaka (bo miałam szpilki, a zapomniałam baletek na zmianę), to wyrzygam tę całą drogę przez dwie dzielnice do domu tutaj.

Poza tym – trwa proces rudzienia.
Dziś drugi raz fryzjerka położyła mi farbę.
Efekt zdecydowanie lepszy, niż za pierwszym razem.
Ale ja chcę być jeszcze bardziej ruda. Ja chcę mieć marchewkę i ogień na łbie tym swoim durnowatym.
Jednak fryzjerka nie zgodziła się na kolejne farbowanie po kolejnych 2 tygodniach.
Kazała mi przyjść aż po czterech. Jest mi z tego powodu smutno przeogromnie.
Tak dlugo muszę się przepoczwarzać :(.

A pies ma miejsce w bagażniku :D.
Nie mam tej smiesznej półeczki, na której kładzie się parasolki i stawia kiwające pieski.
Parasolkę, znając zycie, pizdnę gdzie bądż. A piesek będzie wystawiał swoją zywą też kiwającą główkę zamiast tego plastikowego :D.
muszę poćwiczyć zakręty, bo jakoś tak – zamiast łukiem to je po prostej wykonuję :D.

The end.

nauka jazdy wg Idalki cz.1

Normalny człowiek robi prawko, kupuje auto i sunie po szosach chłodząc łokieć :D.
Idalka jak ze wszystkim – ma inaczej.
Prawko zrobiła 21 lat temu z okładem, skuszona przez mamusię, że pozwoli uzytkować jej furę, czyli fiata 126p. Po otrzymaniu prawka mamusia jednak zmieniła zdanie i nie pozwoliła użytkować fury i tak Idalka musiała posuwać się do uczynków niezgodnych z prawem, zwijać jej od czasu do czasu kluczyków i papierów, by móc sobie ten łokieć i te szosy zaliczać.
Po roku gdzieś mamusia połapała się w tym, że hoduje przestępcę w domu i zaczęła chować i kluczyki i papiery tak, że nie mogłam ich znaleźć. Podejrzewam, że albo nosiła je w fartuszku przy pupie, albo chowała pod poduszkę.
A Idalka tak jeździć lubiła,
Smutne – prawda?

( jakieś debilne dziecko lata pod oknami właśnie i rozdziera swoją paszczę rycząc obłędnie – koszmar; jak nie przestanie, obleję wodą! Słowo!)

Niedługo potem Idalka dostała od losu cudownego męża, który nie sprawdziwszy nawet jej umiejętności motoryzacyjnych, po prostu stwierdził, że Idalka nie umie jeździć i nie pozwalał dotknąć jej kierownicy. Idalka uwierzyła na słowo, bo tak ją wychowano, by wierzyć innym i się innych słuchać.
Wprawdzie, kiedy jako rodzina Idalka posiadała krążownika szos wielkiego i długiego, mogła nim kilkanaście razy powozić się po mieście – to były awaryjne przypadki, kiedy podczas wizyt towarzyskich mąż zapił, a Idalka nie. I wtedy Idalka i pijanego męża i dziecko i siebie i samochód szczęśliwie i bezpiecznie do domu dowoziła. Ale któregoś dnia mąż na trzeźwo powiedział, że tamte razy się nie liczą, bo on był pijany i nie mógł ocenić mojej jazdy,o!.
I Idalka znów uwierzyła, bo tak należy, prawda?

Czas płynął, Idalka przestała wierzyć mężowi, potem go przegoniła w pizdu i udało się jej po kilku latach uwierzyć może niekoniecznie w to, że umie jeździć, ale przede wszystkim w siebie. No dobra. Niekoniecznie tak do końca, ale postępy są.
Mijały lata i Idalka zamiast pławić się w luksusach i szczęsciu, ze pozbyła się pasozyta i niszczyciela, spłacała długi i marzyła, że kiedyś wyjdzie na zero.
Idalka spłacała długi tyle czasu, ile trwało jej małżeństwo.
Takie fatum albo fart – mogła przecież abo trwać dłużej w małżeństwie (brrrrrrrrrrrr) albo dłużej spłacać dlugi, prawda?

I właśnie dlatego dopiero po 21 latach od zrobienia prawka, u Idalki ponownie zaistniała możliwość ucywilizowania się mocniejszego i zamiast per pedes, to in vehiculum się poruszać.
W ramach budowania wiary w siebie, Idalka po części zbudowała sobie wiarę w to,że umie jeździć, tylko zapomniała i kwestią chwili jest powrót do przeszłości.
Tyle drogą wstępu – przydługawego, ale od kiedy to Idalka wyraża się krótko i zwięźle?
(No chyba że jednym słowem ocenia sytuację, mówiąc: O kurwa!!!!)

Wczoraj Idalka odbyła pierwszą godzinę jazdy z intruktorem. Jazda była nie z tej ziemi – słowo JAZDA traktuję wieloznacznie.

Pan Instruktur: Witaj. Siadaj, Jedziemy.
Kursantka Idalka: Witam. A w życiu nie pojadę. Zwariował Pan?!
PI – Siadaj. Szkoda czasu na pierdoły.
KI (otwierając drzwi od strony kierowcy) – Ja tam jestem ubezpieczona, a pan?
PI (rzucając od strony pasażera, na fotel kierowcy grubszą czerwoną wypierdzianą poduszkę)
- siadaj mówię. Będzie dobrze. Masz poduszkę, bo widzę że ty z tych krótszych.
KI – ale panie Tadziu. Ja myślalam, że najpierw pan mnie na placyk dowiezie, tam sobie przypomnę, które toto hamulec,a które gaz, że sobie porobię kółeczka i dopiero pojadę na ulicę, do ludzi.
PI – siadaj mówię. Będzie dobrze.

No to siadłam, przecież nie będę się kłócić, bo płacę 5 dych za godzinę a nie za efekt nauki.
Pan Tadzio siadł, pokazał mi gdzie jaki pedał. A potem zapytał:
wiesz co to jest sprzęgło?
Noooooooo; eeeeeeee; lewy pedał i potrzebny jest do zmiany biegów???
Pan Tadzio wziął więc karteczkę i narysował mi autko z profilu ( chyba lewego) i narysował flaczki autka, w tym silnik jako prostokąt i baaaardzo szczegółowo narysował jak działa sprzegło. O dziwo, zrozumiałam jego rolę i zadania za pierwszym razem!
I chowając rysunek do schowka, spokojnym tonem powiedział:
no to ruszamy – i uśmiechnął się do mnie szeroko!
A staliśmy na parkingu jednego z marketów przy głownej, przelotowej ulicy miasta, która w tym czasie jest zawsze oblężona!
Wciągnęłam powietrze, ustawiłam lusterka ( pamiętałam!) i ruszyłam wciskając czubki palców w sprzegło (fotel w maksymalnym przysunięciu do przodu umożliwia mi sięganie do sprzęgła końcówką stopy! – jednak maluchy były dla mnie bardziej przystosowane).
Dzielnie przejechałam jakąś 20tką pół parkingu do wyjazdu, przyhamowałam, Pan Instruktor mówi – Jedź!
A co mówi Idalka?
o nie nie panie Tadziu! Teraz to ja jestem pasażer po angielskiej stronie, a pan prowadzi tymi swoimi pedałkami! Ja stąd nie wyjadę!
Pan Tadziu oznajmił mi, że on w swoich pedalkach to ma sprzęgło i hamulec, gaz mam tylko ja, a bez gazu to nie pojedziemy.
Co miałam zrobić?
Wyjechaliśmy trochę dziwnie, bo ja deptałam gaz, pan Tadzio robił resztę, a ja miałam przerażony wyraz twarzy – oby nikt ze znajomych mnie nie widział ( to myslę teraz, nie wtedy, wtedy chciało mi się siku ze strachu).
Myslalam bowiem w tym czasie jedno:
kuuuuuuurwaaaaa!! co ja zrobiłam????!!!!!! mogłam sobie zrobić kuchnię w zabudowie i do maroka pojechać i jeszcze by mi na inne luksusy starczyło, to nie – kupiłam sobie auto!!!! ja pierdolęęęęęęęę!!! na grzyba mi to auto!!!! już nie mogę kupna cofnąć!!!! opłaty porobiłam!!!
Tak więc wyjechaliśmy z parkingu, włączyliśmy się do ruchu drogowego i z ulgą przyjęłam wiadomość, że jedziemy na odludne wiochy. No i jechaliśmy. O ile jazdą można nazwać 20-25 km na godzinę, jakie wyciskałam z tego smoka nauki jazdy: fiata pandy :D.
I tak sobie jechaliśmy miło, pan Tadzio opowiadał mi historię swego życia, przeplatając ją pytaniami w stylu:
od kiedy znaki drogowe obowiązują kierowcę?
Że eeeeeeeeeeee? Że co?!
Od kiedy znaki drogowe obowiązują kierowcę?
Panie Tadziu, jak już je zobaczą????
dobrze! Oznajmił radosnie pan Tadzio.
No nie wiem – mruknęłam pod nosem – bo ja od parkingu nie widziałam zadnego znaku, a przejechałam dwa skrzyżowania i jedno rondo.
Będzie dobrze. Nie przejmuj się.
I znów jedziemy. Chwilami na wioskach, kiedy szosa była pusta i szeroka i prosta, puszczałam wodze szaleństwa i rozpędzalam się do 40tki! Ale każde auto probowało mnie rozjechać – miałam takie wrażenie!
Ale – muszę się pochwalić – wyczuwałam momenty, kiedy należy zmieniać biegi – jakoś tak instynktownie???? Jednak nie zmieniałam, póki pan Tadzio nie kazał :D. tylko po fakcie pytałam:
tu to powinnam była zmienić bieg, prawda?
No mogłaś, ale teraz już zostaw – i znów jechaliśmy.
A potem na jakiejś wsi mielismy wyjechać na uczęszczaną drogę i zestresowałam się. Sztywna jak kołek dostałam blokady ruchowo-myslowej, reagowałam potwornie wolno i bałam się każdego auta. Podejrzewam, że i krowy bym się w tej chwili wystraszyla, gdyby dystyngowanie, jak to krowa, szła brzegiem szosy.
Ale wyjechałam z tego piekła, jakim było wiejskie skrzyżowanie :D.
panie Tadziu. Czy trafili się panu kursanci, którzy nie nadawali się na kierowcę?
No zdarzyło się.
I co?
No nic. Jakoś dawali radę.
Nastąpiła cisza.
panie tadziu. A trafili się panu tacy, których nie dało rady w ogóle nauczyć jeździć?
Znów nastapił krótki moment ciszy.
Ty dasz radę, mówię ci: będzie dobrze.
Jak pan mówi, to pan wie. Szkoda że ja nie.
Tak sobie refleksyjnie zrymowałam i dalej ćwiczyłam na wiejskiej dróżce hamowania i zmiany biegów. Uda napięte do granic możliwości, rece luźniutkie na kierownicy, no luzik, ale ramiona jak skała, a kręgosłup po 20 minutach napierdalał mnie niemiłosiernie, bo jak siadłam na parkingu tak nie drgnęłam w tym odcinku ciała.
A pan Tadzio widoki mi każe podziwiać:
spójrz na wielką sowę, jak pieknie widać.
A ja trzymając sztywno łeb przed siebie zerkam wykręcając lewe oko w bok aż do bólu żyłki
eche, ładnie.
A pan Tadzio dalej tortury:
a tu widzisz, teraz za wcześnie, ale tak w maju to jest zawsze wysyp konwalii.
Więc ja znów prawe oko nadwyrężając mamroczę:
eche, i jadę dalej.
Jedziemy dalej i pan Tadzio pyta, czy widziałam coś tam po lewej. Ja że nie, a on:
jak to nie widziałaś?
Bo można by było toto wyciać, bo mi przeszkadza ( i pokazuję na ten słupek metalu między przednią i boczną szybą od strony kierowcy).
Pan tadzio radosnie orzekł, że wytniemy, wytniemy.
eche, orła, jak ja tak bacznie wszystko obserwuję (mruknęłam mało radosnie).
A potem.
Poooooooooootem.
Wjechalismy na obwodnicę nowiutką, mało uczęszczaną o tej porze i Idalka rozwinęła skrzydła i depnęła gazu i nagle jak młody bóg pomknęła 50 km na godzinę!
Ten wiatr we włosach!!!
Oto ja!!! pogromca wiejskich szos!!!
Żarło pięknie, ale zdechło na oblężonej głownej krzyżówce wylotowej miasta, gdzie niby skontrolowałam wszystko i dałam radę i nie zdechło mi na zielonym swietle i mknę przez tę krzyzowkę na zielonym, a pan Tadzio do mnie:
a na boki się rozejrzałaś?
No przegiął!
Prawie się zatrzymalam, ale tylko prawie i jedynie z żalem w głosie wygulgałam:
Panie Tadziu, no jak pan może! Zmiana pasa, zwolnij gaz, przyhamuj, sprzęgło raz, luz, żółte swiatło, sprzęgło dwa, jedynka, światło zielone, gaz, bez zdechłego silnika, nie szarpałam, płynnie ruszyłam,a pan mi się o rozglądanie pyta, jak pan mooooooże noooooooo????
No to przejechaliśmy tę kurewską krzyżowkę trzy razy :D.
Kiedy po godzinie wysiadłam pod domem, pan Tadziu pyta: to co, w domku jeszcze na sucho pojeździsz, co?
a w życiu!!! mięsnie mnie bolą, jakbym tonę węgla przerzuciła!!! ale widział pan?! :D wjechałam na parking i zaparkowałam pod płotem a nie na płocie, a tego się bałam najbardziej :D.
I tak oto zakończyła się moja pierwsza po 21 latach, lekcja jazdy.

Następna w niedzielne południe. Jak w kościółkach będą dzwony biły :D.
Obym ja w tym kościelnym czasie też dzwona nie zaliczyła.
No ale oboje z panem Tadziem jesteśmy ubezpieczeni :D.

Kiedy dotarłam na kanapę, zadzwoniłam do mamy i przeprosilam szczerze za wszystkie te razy, kiedy zwracałam jej uwagę, że źle jeździ.

Moja mama jeździ genialnie!!!

W porównaniu do mnie – rzecz jasna :D.

po prostu sen

jakiś czas temu miałam sen;

przyśnił mi się tato; jechałam z nim pięknym mieszkalnym autobusem;

siedział za kierownicą i  mówił mi, że jest mu tak przykro, że moja mama i siostra nie ufały mu i pojechały swoją drogą; a prowadził tak dobrze i tak bezpiecznie ten wielki autobus;

siedziałam przy nim i widziałam jego twarz z profilu; miał tyle lat, ile miał umierając; miał tyle lat, co ja teraz;

i miał taki smutek w twarzy; taki smutny smutek; tak wielki, że rozpłakałam się;

i obudziłam;

i dopiero wtedy rozpłakałam się na dobre;

i pierwszy raz w życiu żałowałam, że się obudziłam;

siedziałam zasmarkana w  łożku i wyłam z żalu, aż przyszło moje dziecko i wzięło mnie w ramiona i tuliło, póki się nie wypłakałam;

minęło trochę czasu; mogę i mówić i mysleć o tym normalnie;

i powoli znika to poczucie żalu z pobudki;

w moich snach miewam surrealistyczne wizje świata przyszłości, czasami widzę kosmitów, czasami ratuję ludzi z płonących aut, albo zostaję przywódcą grupy rozbitków jakiegoś samolotu, który spowija ciemna mgła i nigdy nie mogę go zobaczyć;

czasami ścigają mnie jacyś dziwni ludzie, może to nawet zwykli policjanci, ale chcą mnie pochwycić jak jakiś okaz do badań ciut niebezpieczny;

czasami miewam erotyczne sny z własnym byłym mężem, w których zawsze wtedy jestem smutna;

nigdy nie zapomnę snu, w którym siedząc na przystanku autobusowym ogladałam regularną defiladę karaluchów, tyle że wielkości człowieka i kroczących na dwóch odnóżach;

moj tato nie zyje ponad 20 lat, ale śnił mi się tylko kilka razy;

pamiętam każdy z tych snów;

chciałabym niekiedy, żeby ktoś, kto nie zdołał poznać mojego taty, a zna mnie, powiedział: to musiał być wspaniały facet;

 

 

poza tym jestem ruda;

i teraz nikt inny, tylko moje osobiste bachoru, mówi mi: mój śliczny rudzielcu :))

a ja mam sliczne bachoru i od zewnątrz i od wewnątrz :)

 

i kupiłam sobie wymarzone autko :)

teraz pozostaje mi tylko przypomnieć sobie, jak się tym jeździ :)

jak przypominalam sobie po 20 latach jazdę na łyżwach, skończyło się powazną kontuzją i urazem do łyzew :D

oby teraz nie skończyło się podobnie :D

 

nie wolno dręczyć się przeszłością, posypywać głębokie rany solą i drapać je pazurami;

życie jest na to zbyt krótkie;

łapię więc każdą chwilę radości i szczęścia jak świetlika do kieszeni, żeby świecił mi w te mroczne, ciemne momenty;

 

bo życie jest piękne, choćby z kolcami :)

pielgrzymka

No i zaczęła się pielgrzymka cudem ocalonych polityków do wszelkiej maści i jakości mediów, aby opowiadać o swoim cudownym ocaleniu.

Teraz powinniśmy oczekiwać w napięciu opowieści o cudownych głosach w głowach NNR czyli Najmiłościwiej Nami Rządzących, o równie cudownych objawieniach i dotykach niewidzialnego.

Póki co mamy wyjątkową możliwość poczytania i posłuchania o tym,jak pewien P jak polityk miał wsiąść do pociągu nie byle jakiego, ale ostatecznie nóżka mu się omsknęła ( palec boży) i wsiadł do auta, ale i jego syn miał wsiąść i nie wsiadł. Możemy dowiedzieć się jak pan Z jak Ziobro prawie planował jechać tym pociągiem, ale zaplanował inne plany i plan planowej jazdy pechowym pociągiem rozpizgał się i tylko dzięki temu pan Z jak Ziobro – żyje.

Dziś pełnia – wysyp pielgrzymek kładę litościwie na karb tej fazy księżyca. Policja może potwierdzić, to co teraz napiszę:

w czasie pełni mają więcej interwencji do burd domowych, więcej samobójstw i napadów.

W czasie pełni również u psychicznie chorych nasilają się objawy choroby.

I tym to sobie litościwie tłumaczę.

Bo jakoś nie chce wcisnąć się do łepetyny mojej na stale i w pełnym zrozumieniu fakt, że tacy światli (sic!) ludzie mogą tak prymitywnie żerować na cudzej śmierci.

A poza tym w ciągu ostatnich 24 godzin wydarzyły się dwie rzeczy, jak z tytułu książki Remarqe “Czas życia, czas śmierci”.

Wczoraj po 18ej Dorota urodziła córeczkę.

Dziś rano po 7ej zmarła ukochana babcia Kasi.

Czas życia, czas śmierci. Równowaga w przyrodzie.

A my, choćbyśmy nie wiem jacy mądrzy byli, jacy bystrzy, błyskotliwi i genialni. Jesteśmy tylko pionkami w tej grze, jaką jest życie.

Ostatnio oglądałam francuski film – komediodramat – 92 franki (albo podobnie). Spodobało mi się tam jedno zdanie: człowiek jest produktem z określonym terminem ważności.

I tyle.

 

The end.

wiosna

Gosia mnie podłamała. Na tyle mocno, że od naszego ostatniego kontaktu zaszyłam się głęboko w samą siebie i trawiłam. I trawiłam wieści i myśli. I znów trawiłam.

Dogonić marzenia. Tego chciałam dawno temu. Z dysfunkcyjnej rodziny, ale chowana pod kloszem w oderwaniu od realnego świata codziennych zmagań. Najbardziej na świecie chciałam mieć swój własny szczęsliwy dom, swoją rodzinę, cudownego męża i gromadkę dzieci.

Wyszło jak wyszło. Chyba za bardzo chciałam te marzenia gonić :). I chyba za wszelką cenę. Zapominając o sobie i o reszcie świata. Ponoszę tego konsekwencje do dziś, ale to nic – to przyjęłam na klatę, mam nadzieję, że godnie.

Rzecz w tym, że pieniądze stawiałam długi czas na samym końcu swoich wartości. Dlatego chyba tak łatwo nimi szastałam :)

Wiele, naprawdę wiele przykrych rzeczy musiało mnie spotkać, wiele upokorzeń musiałam znieść, wiele nocy musiałam przepłakać i łez wstydu i strachu przełknąć, by nauczyć się, że pieniądze są bardzo ważnym elementem życia, trzeba o nie dbać i o nich myśleć.

Nadal jednak nie są dla mnie najważniejsze. Lubię je mieć. Ale nie oszukam dla nich, nie okłamię, nie ukradnę, nie poniżę i nie będę udawała zainteresowania czy innych uczuć, jeśli ich we mnie nie ma.

Ale są ważne.

W tym świecie nie można się bez nich realizować. I żyć nie można.

Od miesiąca czasu więc wciąż myślę o Gosi.Jak ma sprzątać, to chociaż za przyzwoitą kasę. 10-15 lat pracy w gb, żeby otrzymać tam najniższą emeryturę i wtedy wróci. Może. Bo co ją czeka tutaj?

Podobna praca za pensję równą tygodniówce tam. Zabawna emerytura, za którą ani zyć ani zdechnąć godnie się nie da.

Więc myslę.

Mam jeszcze dwa lata do ostatecznej decyzji.

Za dwa lata kangurzątko kończy liceum i chce studiować. Z mojej obecnej pensji, która przypomina raczej kieszonkowe niż pensję, nie dam rady zafundować jej wymarzonych studiów. Co najwyżej będzie mogła ambicjonalnie spełniać się na jednej z miejscowych uczelni Zarządzania i Produkcji Rzeszy Bezrobotnych. A potem może dostanie pracę na stanowisku kasjerki w rossmanie.

Więc mała chce jechać na studia do ojca. No i chwała mu za to, że teraz już nie krzyczy – to niemozliwe. Cieszy się i jakoś tak w miarę dorosle martwi się o całą tę procedurę naboru, kasy itd.

Wobec tego, co będzie mnie jeszcze trzymać w miejscu, które lubię średnio, wśród ludzi, z którymi nie czuję żadnych więzi emocjonalnych?

Może warto będzie zrobić to co Gosia?

To by było zupełnie nowe życie Idalki :)))).

Myślę  i trawię.

 

A tak w ogóle to w końcu zagościła w moim domu technika i podłączyłam bezproblemowo bezprzewodowy router. Skonfigurowałam, zahasłowałam i w ogóle czulam się jak informatyk z wyższej półki :D.

Mam więc teraz swój prywatny, osobiście osobisty komputer i swobodny dostęp do sieci. Nielimitowany i nie nadzorowany przez osobiste dziecko, które oczywiście uważa, że dostęp do tych dobroci cywilizacyjnych należy się jej w pierwszej kolejności :))).

A ja pamiętam czasy telewizji z dwoma programami, w tym jeden bywał od popołudnia, o ile w ogóle antena łapała dobry sygnał :)).

I telefon stacjonarny był tylko jeden w kamienicy.

Echhhh. To były fajne czasy. Przenieść w nie to moje dziecko i zgubiłoby się jak we mgle :).

Wiosna idzie.

A mi się nie chce w nikim tradycyjnie zakochać, Może za mało tej wiosny jeszcze czuję :).

 

Bilansik albo i nie

Sama nie wiem, od czego zacząć.
Może od tego że dupa blada i zimna – i dosłownie i w przenośni.
I w życiu i na własnym cielsku.
Marzenia się niestety mi same nie pospełniały, a ja jakoś za bardzo im nie pomagałam, a wręcz niekiedy rzucałam kłody im pod nogi, marzeniom tym mym własnym osobistym.
Gocha ma rację. Po 40tce włącza sie myslenie. A moze to po prostu tylko większa skłonność do retrospekcji i nic wiecej?
Eeeeeee ,dupa tam.
Sylwestra miałam spedzić godnie u Gosiowej rodzinki i kolejny raz ja swoje,a rzeczywistośc swoje. Najpierw mamusia wycięła mi numer i pomimo moich odlistopadowych oświadczeń, ze ja w okresie pomiedzy świętami i nowym rokiem chcę wyruszyć do stolYcy na zasłuzony odpoczynek, w samotności, wypięła się i kilka dni przed wigilią oświadczyła mi, że ona po świętach bierze sobie urlop, jedzie do wnuków i wraca po nowym roku. No i klops i chała, dziecko moje z psem u niej miało dekować pod nieobecność wrednej matki. Niby mogło jechać z nią, ale nie miałam serca jakoś wciskać jej tego nakazu, bo z wlasnej nieprzymuszonej woli w zyciu na tyle dni by nie pojechała do tego wariatkowa.
Czary goryczy dopełniło grypsko, które mnie po świętach dopadło, przełażąc na mnie wprost z zagilonych i zasmarkanych nochali moich siostrzeńców. I tak, po raz pierwszy od wielu lat, spędziłam z gorączka i osłabieniem sylwestra we wlasnym domu, pod wlasnym kocem i z własnym psem pod tym kocem.
Noworocznych postanowień postanowiłam nie mieć, więc w nowy rok weszłam bez bagażu ciśnienia i stresów z tym związanych. I niby wydarzyło sie wiele, a niby nic. Jakieś popierdułki, a to ktoś pokazał swoje niekoniecznie pozytywne oblicze, a to ktoś rozczarował zaskakująco miło- jednym słowem: życie.
Moje życie. Połowa chyba już za mną. A pomysleć,że marzyłam o byciu nauczycielką polskiego :)))))). Tak chciałam pracować z dzieciakami :)))))).

Kurcze. Ludzie mnie niezmiennie rozczarowują. I sama już nie wiem, co z tym zrobić.
A wczoraj siedząc na kibelku naszła mnie kolejny raz mysl o zyciu z cudzymi dzieciakami. Z poprzetrącanymi, zwichrowanymi owocami cudzej nieodpowiedzialności i głupoty. Ale i namiętności i miłości.
Mieć rodzinny dom dziecka.
Kangurzątko niedługo wyjdzie z domu,a ja po tych 40tkowych retrospekcjach doszłam do wniosku, że moze niezbyt mądrze i poprawnie, ale jedyne co mi w zyciu sprawia przyjemność to posiadanie i wychowywanie dzieci.
Miałabym dla nich tyle serca, czasu i chęci.
Ale pomijając wszystkie inne górki, to największą górką jest bycie rodziną rozbitą. Nie mogę jako taki element ani adoptowac, ani być rodziną zastępczą, co tu dopiero mówic o domu dziecka. Muszę mieć do tego męża. Ha!
Też mi problem. Takich chętnych, aby wziać mnie i realizować moje idiotyczne wizje, to po prostu na pęczki, normalnie, pokotem mi pod oknami na chodniku zalegają.

A poza tym znów miewam idiotyczne sny.

generalnie

generalnie człowiek jest istotą wredną; chociażby mimo woli, kiedy innym dzieje się gorzej, on się tym pociesza i czuje się z tym lepiej;

generalnie odkryłam dziś rzecz następującą: tak bardzo całe swoje zycie nie chcę być jak własna matka, nie chcę tak wyglądać ( na to wpływ niewielki :D ), nie chcę tak mówić, tak reagować, mieć taki styl bycia i życia i co?
jajco; dziś odkryłam, że mimo woli zgotowałam sobie los podobny do matki w pewnej sferze własnego życia; na szczęście u mnie jeszcze wszystko można odkręcić, nadrobić, wycofać aż do zaniku; grunt to uważna obserwacja i ciągła czujność :D

generalnie mam wszystkiego dosyć; ale to pewnie wina periodu i tyle;

generalnie dziecko jest nieodrodnym dzieckiem swojej matki i ku mojemu wczorajszemu zdębieniu, oświadczyło, że chce przeczytać całego junga; no to powodzenia jej pozyczyłam; poprosiłam jedynie, żeby z freudem poczekała z rok, dwa jeszcze; czy 16tolatek może przyjąć w siebie całego freuda w pełnym zrozumieniu?

generalnie odnoszę wrażenie, że staję się wiedźmą pleple; stara, brzydka i przemądrzała
ok – przyjmuję tę świadomość na klatę z godnoscią :)
zawsze mam alternatywę – bukę z muminków; ale ona chyba nie była zbyt mocno rozgarnięta :D

generalnie – nie jest źle, mogło być gorzej, bo inni maja gorzej :D, do pełnego szczęscia brakuje mi oj brakuje, ale czy szczęście to zjawisko stałe, czy raczej zmiennie, równie niespodziewane jak zjawiska pogodowe w ostatnim czasie;

generalnie jest jak zawsze: kocham życie, choćby z kolcami :D

the end

« Wcześniejsze wpisy
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.