Sama nie wiem, od czego zacząć.
Może od tego że dupa blada i zimna – i dosłownie i w przenośni.
I w życiu i na własnym cielsku.
Marzenia się niestety mi same nie pospełniały, a ja jakoś za bardzo im nie pomagałam, a wręcz niekiedy rzucałam kłody im pod nogi, marzeniom tym mym własnym osobistym.
Gocha ma rację. Po 40tce włącza sie myslenie. A moze to po prostu tylko większa skłonność do retrospekcji i nic wiecej?
Eeeeeee ,dupa tam.
Sylwestra miałam spedzić godnie u Gosiowej rodzinki i kolejny raz ja swoje,a rzeczywistośc swoje. Najpierw mamusia wycięła mi numer i pomimo moich odlistopadowych oświadczeń, ze ja w okresie pomiedzy świętami i nowym rokiem chcę wyruszyć do stolYcy na zasłuzony odpoczynek, w samotności, wypięła się i kilka dni przed wigilią oświadczyła mi, że ona po świętach bierze sobie urlop, jedzie do wnuków i wraca po nowym roku. No i klops i chała, dziecko moje z psem u niej miało dekować pod nieobecność wrednej matki. Niby mogło jechać z nią, ale nie miałam serca jakoś wciskać jej tego nakazu, bo z wlasnej nieprzymuszonej woli w zyciu na tyle dni by nie pojechała do tego wariatkowa.
Czary goryczy dopełniło grypsko, które mnie po świętach dopadło, przełażąc na mnie wprost z zagilonych i zasmarkanych nochali moich siostrzeńców. I tak, po raz pierwszy od wielu lat, spędziłam z gorączka i osłabieniem sylwestra we wlasnym domu, pod wlasnym kocem i z własnym psem pod tym kocem.
Noworocznych postanowień postanowiłam nie mieć, więc w nowy rok weszłam bez bagażu ciśnienia i stresów z tym związanych. I niby wydarzyło sie wiele, a niby nic. Jakieś popierdułki, a to ktoś pokazał swoje niekoniecznie pozytywne oblicze, a to ktoś rozczarował zaskakująco miło- jednym słowem: życie.
Moje życie. Połowa chyba już za mną. A pomysleć,że marzyłam o byciu nauczycielką polskiego :)))))). Tak chciałam pracować z dzieciakami :)))))).
Kurcze. Ludzie mnie niezmiennie rozczarowują. I sama już nie wiem, co z tym zrobić.
A wczoraj siedząc na kibelku naszła mnie kolejny raz mysl o zyciu z cudzymi dzieciakami. Z poprzetrącanymi, zwichrowanymi owocami cudzej nieodpowiedzialności i głupoty. Ale i namiętności i miłości.
Mieć rodzinny dom dziecka.
Kangurzątko niedługo wyjdzie z domu,a ja po tych 40tkowych retrospekcjach doszłam do wniosku, że moze niezbyt mądrze i poprawnie, ale jedyne co mi w zyciu sprawia przyjemność to posiadanie i wychowywanie dzieci.
Miałabym dla nich tyle serca, czasu i chęci.
Ale pomijając wszystkie inne górki, to największą górką jest bycie rodziną rozbitą. Nie mogę jako taki element ani adoptowac, ani być rodziną zastępczą, co tu dopiero mówic o domu dziecka. Muszę mieć do tego męża. Ha!
Też mi problem. Takich chętnych, aby wziać mnie i realizować moje idiotyczne wizje, to po prostu na pęczki, normalnie, pokotem mi pod oknami na chodniku zalegają.
A poza tym znów miewam idiotyczne sny.