W moim jakże nudnym i miało ciekawym ostatnimi czasy życiu każdy drobiazg spoza rutyny urasta do rangi wielkiego wydarzenia. No dobrze. Przesadzam jak zwykle.
Ale lubię ciut przesadzać i dramatyzować – to cały „urok” wagi :D.
Tak więc niedawno nastapiła jedna z wielu pomyłek telefonicznych. Ciągle dzwonią do mnie lduzie w sprawiach brudnych toalet na stacjach orlenu albo w sprawie punktów na karcie vitay.
Kiedyś jeden przemiły pan nijak nie potrafił zrozumieć, że mało obchodzi mnie „obsrana deska w kiblu „( to dosłowny cytat z pana :D ) i musiałam się nieelegancko rozłączyć w połowie zdania owego pana, bo zaczął mnie nieelegancko wyzywać :D.
Najczęściej, kiedy mówię zmęczonym już głosem „pomyłka” ludzie przepraszają i się rozłączają, albo nie przepraszają i rozłączają się nie mówiąc nic. Cóż. Może im się tak spieszy, że szkoda im czasu na wybąkanie przepraszam :). Ja tam ich rozumiem i wybaczam :D.
Jednak kilkanaście dni temu taka pomyłka zakończyła się przemiło :).
Pomyłkowicz nie odezwał się słowem, tylko szybciutko rozłączył. A za chwilkę dostałam od niego wiadomość: masz bardzo fajny głosik. Cóż. Pomyslałam, że może to jakiś napalony nastolatek, wolałam więc rozwiać wątpliwości od razu i odpisałam, że do dojrzałej kobiety powinno się zwracać per Pani :D. I tak taka rozmowa smsowa trwała niemalże godzinę :). Przypomniała mi się książka Chmielewskiej od razu. Niestety u mnie nie było ani kryminału ani miłosci – jedynie przesympatycznie spędzona wieczorna godzinka z panem Marcinem z Wrocławia :D.
Druga rzecz – w końcu zrozumiałam stare „pogańskie” określenia, że kobieta w czasie miesiączki jest nieczysta. Na własnej skórze zrozumiałam.
I kurcze- coś w tym musi być naprawdę prawdziwie prawdziwego :D.
Otóż w TE dni najczęściej czuję się jak własne zwłoki, przejechane przez walec, wytargane przez wodospad i rzucone gdzieś na ściernisko do końca owych dni. Nospę mogę sobie wtedy wciągać jak cukierki, nawet całe opakowanie – gie daje i tyle. Ostateczność: 2-3 pyralginy, a jak mam komfort i szczyt bóli trafia mnie w domu, to termofor na plecy i pewna asana do pyralginki. Wtedy odczuwam ulgę.
Do sedna.
Otóż kilka dni temu TEN czas trafił mi się komfortowo ( jak rzadko) na czas wolnego w domu ( od piątku aż do wtorku włącznie – po prostu szał :D ). Brak przymusowej 8godzinnej nasiadówki i świadomość, że w każdej chwili mogę się położyć wtulona plecami w termofor sprawił, że wyrosły mi skrzydła i mimo bólu (lekkiego) zabrałam się za pichcenie. W takim stanie pichcenia unikam zawsze i wtedy na stole króluje garmażerka albo mrożonki. Teraz jako że i dziecko w domu, uczcić chciałam to wolne.
Po wszystkim naszła mnie taka oto myśl:
Kobieta w czasie miesiączki nie powinna tykać się gotowania. Spitoliłam po raz pierwszy w życiu piure ( jak to się pisze?!) , spieprzyłam nawet wodę z cytryną cały dzbanek, bo zapomniałam wyciągnąć cytrynę i woda przeszła goryczką ze skórki. Makaron nawet przesoliłam!. Tylko mi rosół wyszedł należycie. Kotletów bałam się już smażyć. Zrobiłam jajka sadzone i co?! Gówienko. Oczywiście rozlały mi się żółtka!.
Kobieta zdecydowanie w czasie miesiączki nie powinna się tykać kuchni. Jest nieczysta. O!
Taką wiedzę przekazałam dziecku memu. Niech zakoduje sobie i się kuchni nie tyka.
I rozumiem już teraz nerwy tych panów, którym one niekiedy puszczają i po wszystkim tłumaczą się „bo zupa była za słona”. I ja ich teraz rozumiem. Przez ileś tam lat, przez pół życia tydzień w każdym miesiącu mieć za słoną zupę przymusowo?
No mogą puścić nerwy :D.
I trzecia, ostatnia, tym razem smutna rzecz, która wydarzyła się wczoraj :(.
W trakcie czytania 43 tomu sagi, taka pełna zachwytu, wręcz tracąca poczucie rzeczywistości niekiedy, doznałam przykrości. Margit Sandemo doznała przy pisaniu tej części sagi zaćmienia, częściowej amnezji, albo przeliczyła się ze swoją pewnością siebie. Nie wiem, czy tylko któraś z tych rzeczy, czy dopadły ją wszystkie na jeden raz.
Jak mogła pisać o Tengelu Złym w roku 1960, że uważał samochody za zaczarowane powozy, że samoloty traktował jak magiczne skrzynki z ludźmi w środku. Przecież on w czasie drugiej wojny światowej wcielił się w głównego protektora Czechosłowacji, jeździł po europie!. To czym tam niby jeździł?! Powozami zaprzężonymi w konie?! I trakcie działań wojennych nigdy nie widział samolotu?!
W pierwszej chwili oniemiałam (chociaż i tak przecież czytam książkę samotnie i nie na głos), wróciłam do poprzednich tomów. Do obozu koncentracyjnego, gdzie był Vetle – przyjechał. No to przyjechał samochodem.
No to pani Margit ma u mnie wtopę :(.
Poczułam się przez chwilę, jakbym oglądała 9 część szklanej pułapki. W sensie wyduszania kasy w tumanie bezsensownych gagów.
Doczytam do końca tego tasiemca. Ale już bez ekscytacji. Kiedyś doczytałam tak Tolkiena. Był długi i bardziej męczący niż ekscytujący. Ale skoro zaczęłam, to chciałam skończyć.
I jest mi smutno.
Dziś Wojtkowi określiłam ten stan jako podobny do przerwy kilka sekund przed szczytowaniem. Pozostaje ból w dole brzucha, rozczarowanie i smutek.
Bo ja kocham książki. Kocham fikcję. I jak ktoś śmie mi to psuć???
A tak się cieszyłam na jej kolejną sagę.
A figa!
Albo dam jej szansę. Jak nie będzie żadnej tak durnej wtopy już ani razu, to ruszę kolejną.
Ale jak będzie. To robię delete,o!
I zacznę kolejną fascynującą opowieść s-f :D.
Ja to mam życie :D.
I problemy :D.