Archive for Październik 24, 2011

czterdziecha i takie tam

Minęło sobie te 40 lat tak samo jak i 30 i 20. Czyli bez wstrząsów, łez radości czy smutku – normalnie – moje własne osobiste święto, które lubię ze względu na glorię i splendor mojej osoby, na przyjmowanie życzeń i prezentów itd.

Czubkiem nazywam tych, którzy nie lubią świetować swojego święta :D.

Wzięłam sobie w ten dzień wolne, mamusia niemal wyschła z ciekawości ( wymsknął mi się niechcący ten news), co też ja będę za harce czynić w ten bezbożnie wolny dzień w środku tygodnia, zanim ona mnie odwiedzi :D/

Cóż – leżakowałam, gniłam, walałam się po łóżku z sagą :D. A potem z bólem serca musiałam odstawić się od lektury, posprzątać domostwo, przygotować wyżerkę dla mamusi, gościć się i dopiero po 22ej mogłam z błyskiem w oku wrócić do czytania.

A saga – tiaaaaaaaaaaaaaaaa. W ten weekend wciągnęłam 5 tomów. Jednak cały poprzedni tydzień nie ruszałam w trosce o własne zdrowie psychiczne :D. Wtedy poprzestałam na 28 tomie, zrobiłam sobie odwyk, bo zaczynałam już wierzyć, że i ja jestem jedną z “wybranych” :D.

Dziekuję Boziulkowi, że nie dorwałam tej ksiązki w czasach edukacji szkolnej, bo marnie widziałabym ten semestr, w którym bym dorwała się do czytadła. Wprawdzie panie bibliotekarki kusiły mnie kiedyś, pamiętam jak przez mgłę, ale jak zerknęłam na okładkę to odpychało mnie. Kojarzyło mi się to z ksiązkami o pingwinach ( chyba) Centkiewiczów (chyba). o teraz :D.

Wprawdzie Kaśka zachwycała się i polecała mi ją gorąco już kilka lat temu, ale z kolei Kaśka czytuje harlekiny :D. Więc – wiadomo :D. Tydzień przerwy od sagi nie oznaczał jednak tygodnie bez książki w ogóle. Wróciłam do ukochanego Reamrque. Dziwnie czytało się papierową książkę po takim wtopieniu się w sagę w czytniku. Któregoś razu próbowałam przesunąć stronę bezmyślnie cisnąc prawy róg książki – ułamki sekund, ale jednak :D.

No i czytnik nie uchronił mnie od kupowania książek. Co to, to nie. Zwiększył tylko mój ich przerób i to wszystko. Lenistwo nie pozwalało mi na częste odwiedziny w bibliotece ( poza tym w pewnym momencie bywa, że nie ma tam nic nowego do czytania), a kasa i brak domku jednorodzinnego nie pozwalały mi na kupowanie wszystkiego, co chciałabym mieć do przeczytania. Czytnik nadrabia te braki znakomicie.

Ale papierowa, nowiutka książka, czasami owinięta jeszcze folią, jej zapach, ta sztywność grzbietu nieruszanego, szelest kartek – tego nie zastąpi żadne elektroniczne, choćby najsuperowsze, urządzenie.

Bo książka to książka. I za rok najpewniej znów będę miała problem z miejscem na nie. Miejsce na ścianach niby w dużym metrażu wolne, ale czy chciałabym żyć w oregałowanym od podłogi do sufitu mieszkaniu? Taaaaaak. Mam przed oczami biblioteki domowe z filmów. Regały z drabinką właśnie od podłogi do sufitu na wszystkich ścianach, na środku wielkie biurko z zieloną lampką, skórzany fotel – marzenia nie bolą :). Jeszcze wielkie okno i drzwi na taras, a w głębi park.

Po mojej 40tce nastąpiła 16 kangura. Przylazł do mnie o poranku, łasił się i tulił i marudził, że już stara dupa z niej. Więc o 10:50, kiedy dokładnie o tej porze wycisnęłam ją resztkami świadomości na świat, złapałam ją za globus, wyściskałam, wycałowałam, wytuliłam,a potem złapałam za jej wielkie łapy i wyklaskałam wszystkie przyśpiewki z czasów niemowlęctwa, kosi kosi łapki ( a w sumie to sadystyczne – kto kosi te łapki?!  i czym?!!! ), tu tu kokoszka warzyła  ( też w wersji -a temu łepek urwała i  fryyyyyyy poleciała – tylko bracia grimm mogą się z tym równać :D ) i tak dalej. Dziecię było debilnie szczęśliwe, smierdziel też, bo dostał w drodze wyjątku pozwolenie na wkopanie się na moje łożko, więc starał się być niewidzialny, żeby nie przypominać mi o sobie :D. Fajnie było :D.

W sumie od tego roku postanawiam sobie solennie, że teraz w każdy dzień moich urodzin będę brała sobie wolne, a co :D.

Za finansowe prezenciki sprawiłam sobie co?

Buciki :D Śliczne, słodkie, cacuszka. Wygodne, praktyczne, chyba trwałe :D – inne potrzeby poczekają sobie do innej okazji :D.

Tęskni mi się za jakimś małym chociaż szaleństwem. W końcu, po tylu latach, przestałam bać się pokazywać samej siebie. Nie w sensie ciała. W końcu mam w doopie chociażby minimalne spinanie tyłka, by kogoś nie urazić, nie wydać się inna ( gorsza, głupsza, brzydsza itd), nietaktowna, niesubtelna,dziwaczna, nie śmaka i nie owaka. Jak komuś nie pasuje – trudno. Musi to przeżyć, a potem może unikać :). Dziecko kocha, rodzinka za plecami pewnie suchej nitki nie zostawia, w pracy przyjęły to moje dobrodziejstwo inwentarza jakoś całkiem spokojnie, reszta – no właśnie :D niech reszta się spina, jesli czuje taką potrzebę :D.

Pół życia przede mną – mam nadzieję, wierzę i czuję, że to jest ta Lepsza połowa :D.

 

p.s.

przeczytałam ostatnio takie zdanie :D

że  pokolenie JPII zamieniło się na pokolenie JP (dla wyjaśnienia Janusz Palikot) :D

cóż :D

życie, moi drodzy, życie :D

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.