Deszcz. Pada sążniście za oknem. Istne oberwanie chmury. W pokoju zrobiło się tak ciemno, że musiałyśmy zapalić światło. Praca. Kurcze. Jakbym wyskoczyła teraz na ten ciepły mocny deszcz, żeby tak zmył ze mnie wszystkie brudny, żeby spłynęły razem z nim wszystkie problemy i troski ze mnie, z dorosłego życia. Pamiętam jakby to było wczoraj, jak jako nastolatka w malutkim kurpiowskim miasteczku rodzinnym mojej mamy, w takie dni jak dzisiejszy, biegaliśmy całą bandą na bosaka po kocich łbach – od rzeki do domu. Radośni, piszczący, mokrzy aż do majtek, szczęsliwi i tacy wolni i leciutcy, jakbyśmy własne skrzydła schowali dla żartu przed wzrokiem obcych. Cudne to czasy. Moje dziecko już nie ma takiego świata. Ma obleśny świat komputerów, komórek, nk i fb. A ja w jej wieku tańczyłam w czasie deszczu radośnie na bosaka na miasteczkowym rynku.