Archive for Lipiec, 2011

uczulenie

Ostatnie kilka dni dały mi popalić zdrowotnie i emocjonalnie;

końskie dawki sterydów w tyłek i na skórę wyciszyły i uczulenie i mnie – ogromnie skutecznie;

do czasu konca kuracji staram się nie myśleć o wątrobie, która po takim leczeniu będzie piszczała jak diabli; dam sobie z nią radę – oby;

na szczęscie nie wyglądam już jak monster, wielki i spuchnięty, czerwony monster;

miska z wakacji z wróciła szczęsliwa, nacieszona obecnością maluszków; za 2 tygodnie wyrusza do tatusia; w koncu – po pięciu latach od jego wyjazdu, tatuś zorganizował się, zebrał do kupy i zarezerwował bilety :) szaleństwo – nonono :o)

pomijam milczeniem przy niej fakt, że jego rodzina bywała już tam wielokrotnie, tylko jego jedyne dziecko jakoś tak – no zawsze moja wina w tym była :o)

od zeszłego roku więc zgadzałam się na wszystkie niemal jego warunki, ależ proszę bardzo, ok – nie ma sprawy, zgadzam się, tak pasuje mi, ok niech będzie i taki opiekun; jedynym moim warunkiem była tylko opieka na czas podrózy osoby pełnoletniej, rozgarniętej, która w razie kłopotów czy problemów będzie umiała je rozwiązać; do tej roli – niestety nie nadawała się matka Excentrycznego, która w razie najdrobniejszego problemu sama najczęściej potrzebuje opieki; kiedyś zgubiła się na dworcu głównym wrocławia; więc chyba moja decyzja była słuszna; jednak mimo tego mojego już niemal sakramentalnego: tak, zgadzam się, ok – ciągle coś mu stawalo na przeszkodzie;

no ale ziściło się;

kangurek jedzie do swojego taty :o)

a niech jedzie :o)

wciąż jej powtarzam, że on ją kocha po swojemu, musi to rozumieć i tyle; że to z gruntu dobry człowiek, tylko słaby i zagubiony; niech ma nad nim zlitowanie w sercu :o)

może źle robię?

Ale nie umiałam i nie zrobię i teraz tego, żeby buntować;

sama już widzi, mysli, wyciąga wnioski;

wspomina i te wspaniałe chwile ale i te koszmarne;

jej życie;

jej bagaż;

to już nie moja działka; powoli zaczynam stawać z boku, rola matki powoli ulega zmianom; od pewnych rzeczy jej nie ustrzegę, pomimo wielkich chęci i wielkiej, cieżkiej własnej pracy;

będę oparciem zawsze, ale konsekwencje musi ponosić sama; bo to jej życie i jej wybory;

więc niech jedzie :o)

a ja odpocznę przed intensywnym zapewne rokiem szkolnym; echh; po prostu życie – westchnęła idalka i poszła posmarować ryło pantenolem :o)

deszczyk

Deszcz. Pada sążniście za oknem. Istne oberwanie chmury. W pokoju zrobiło się tak ciemno, że musiałyśmy zapalić światło. Praca. Kurcze. Jakbym wyskoczyła teraz na ten ciepły mocny deszcz, żeby tak zmył ze mnie wszystkie brudny, żeby spłynęły razem z nim wszystkie problemy i troski ze mnie, z dorosłego życia. Pamiętam jakby to było wczoraj, jak jako nastolatka w malutkim kurpiowskim miasteczku rodzinnym mojej mamy, w takie dni jak dzisiejszy, biegaliśmy całą bandą na bosaka po kocich łbach – od rzeki do domu. Radośni, piszczący, mokrzy aż do majtek, szczęsliwi i tacy wolni i leciutcy, jakbyśmy własne skrzydła schowali dla żartu przed wzrokiem obcych. Cudne to czasy. Moje dziecko już nie ma takiego świata. Ma obleśny świat komputerów, komórek, nk i fb. A ja w jej wieku tańczyłam w czasie deszczu radośnie na bosaka na miasteczkowym rynku.

morał

bo wszystkiego morał jest taki:

i tak pójdziemy do piachu i zjedzą nas robaki :o)

 

dlatego zaczynam powoli olewać świat i ludzi, bo wtedy żyje się łatwiej i przyjemniej :o)

a na sam koniec i tak rozliczeni zostaniemy z całokształtu, na który obecnie mam wpływ, ale w ograniczonym zakresie :D

tyle w kwestii przynudzania :D

 

kangurzątko pojechało z babcią, sister i dziećmi na wczasy; po 4 dniach dostałam smsa o treści: czuję się,jakbym przyjechała tu sama; serce mi najpierw pękło, a potem już tak normalnie – po mojemu – serce mi się wkurwiło i to solidnie;

co ona mi tu mazia sie i jęczy do diaska?!  przepowiadałam niczym sybilla, jak to bedzie wyglądało? przepowiadałam; no to teraz sama odczuwa, skoro nie chciała uwierzyć w moje odczucia;

stwierdziwszy to, poczułam się rozgrzeszona z braku serca dla własnego dziecka, wymyśliłam powyższy morał, zeżarłam resztki żelek haribo, wygrzebanych ze skrytki słodyczowej w domu i poszłam spać w spokoju :o))

dojrzewa we mnie coś do ulania; pewna sprawa, a raczej człowiek, a jeszcze dokładniej – chyba typ człowieka;

ale jeszcze mi nie zaszło tak za skórę toto, żebym wyrzygiwała swoje bolączki gdziekolwiek i komukolwiek;

póki co – odpoczywam od bachoru; we wtorek czułam się, jakbym wieki jej nie widziała – a to raptem 5 dni; wczoraj wpadła sąsiadka nowa z błaganiem o użyczenie drukarki; drukarka u kangura w pokoju, a ja tam nie byłam od ubiegłego czwartku w ogóle :D no bo niby po co? musiałabym upaść na głowę, żeby pod jej nieobecność wycierać tam kurze :o))))))))

tak wiec sąsiadeczka miła musiała poruszać się wśród sprzętu z lekką zadymką kurzową i tyle :o)

miałam tyle planów na czas, kiedy dziecka nie ma w domu i jak zwykle zostały tylko planami :o) przychodzę do domu, wyprowadzam psa, szykuję karmę dla siebie, jego i dla idioty w klatce, który zgodnie z ksiazką 0d jakiegoś czasu wykazuje zaburzenia psychiczne, za co go bardzo kocham, bo się swój na całego zrobił :o)

potem czytam, potem spię i poranek i do pracy pora, a potem pies, micha, ptak, książka i ew.telefon i łożko i znów budzik dzwoni :o)))))) w pracy poprosiłam o wakacyjne godziny pracy podczas niebytu dziecka, i tak oto pracuję nie od 7 do 15, tylko od 8 do 16 na czas wyjazdu bachoru; dobrze mi i błogo; jeśli miśka za 3 lata wyjedzie z domu na studia – moje życie (chyba) – znów zacznie należeć wyłącznie do mnie :o); i nie martwi mnie to i nie przeraża; raczej wywołuje lekki uśmieszek zadowolenia; przecież ja od zawsze byłam dzikiem :o); ze wszystkich planów spróbuję zrealizować jeden punkt – muszę sobie uszyć karwasz zasłony, bo mnie o poranku słonce jebie prosto w oczy!!! próbuję spać z opaską na oczach, ale moja grzywka rankiem wygląda tragicznie po takiej ubranej nocce, a nie mam czasu wtedyna głupoty, takie jak układanie włosków na łbie; za to w weekendy jak najbardziej; dziecko orzekło, że jeśli kupię sobie jeszcze stopery do uszu, to zacznie mi szukać domu starców;

cóż – ciągle zapominam zajść do apteki w tym celu :o)

 

 

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.