godzina 22:21; wróciłam ze szpitala; jestem padnięta, zmęczona, stłamszona, ale wierząca i pełna nadziei i wiary; misiątko równy tydzień od zwykłej, nie zanoszącej sie na nic więcej – wizyty u lekarza, wylądowało na stole operacyjnym; od godziny 6:30 do może 21ej przechodziłam wszystko co możliwe; histeryczne zachowania dziecka, histeryczne zachowania siostry, własną histerię w formie głęboko utajonej; niezrozumiałe rekacje innych; gorączkę ze strachu misiątka, jej wielkie jak spodki oczy – i nawet kurwa nie wiem, czy nie osiwiałam, bo po pierwsze nie wiem, kiedy spoglądałam w lusterko ostatnio ( ale czuję wielki kołtun z włosów na karku),a po drugie – nawet gdybym spojrzała, to mam kurwa włosy farbowane; a pod spodem mogę być już siwy gołąbek – i chuj z tym, jakby stwierdził głupawy Mariuszek;
dwie godziny odchodzenia od zmysłów, jakieś smieszne workowate papucie szpitalne wytarłam na wylot od chodzenia w tę i we wtę; wstyd przed puszczeniem pawia ze strachu powodował, że co chwila musialam ukradkiem łapać powietrze w uchylonym oknie; pan anestozjolog w różowym kitlu – wydawało mi się, czy to jawa??? dlaczego nikt mi nie dał głupiego jaśka na czas małej na stole??? powinno to być jakoś prawnie gwarantowane; budzi się ona i ja; potem echh… matko;
najważniejsze, że lekarz operujący powiedział, że badanie histopatologiczne w tej chwili to już wg niego czysta formalność;
szpital piękny, nowoczesny, pachnący niemal; pielęgniarki zmęczone ale usmiechnięte, salowe cichutkie, niemal niewidoczne; kurwa jak pięknie!!! jak w leśnej górze!!!
ale nigdy, przenigdy nie chcę tam wrócić jako matka wyczekująca pod drzwiami bloku operacyjnego; NIGDY !!!
i nigdy już nie chcę nosić w sobie tak strasznych wiadomości, tak koszmarnych mysli, jakie musiałam nosić w sobie samotnie przez ten cały pierdolony równy kurwa tydzień!!!
i chcę jak najszybciej zapomnieć widok mojego najdroższego człowieczka, który zwija się z bólu bezgłośnie puszczając łzy, w oczekiwaniu na początek działania kroplówki z ketonalem; jak najszybciej;