przypomniał mi się dawny opis mojego stanu ducha: elfy zdychają bez wody…
oto lekko zapasiony elf siedzi przed monitorem i próbuje nie kopać nowego dołka; dookoła pustynna pustnia, wody brak nawet fatamorganowej; ale wiatry wieją; dopadło; powinnam iść do doktora, który przepisze zolofcik i przeczekać w jakiejś norce te kilka dni, zanim zacznie działać; ale nie ma takich możliwości technicznych; muszę resztkami sił własnej woli utrzymywać się na powierzchni najdłużej jak się da; a potem??? nie mam pojęcia; może w końcu spadnie śnieg i wiatry przestaną wiać; i dół sam się zasypie??? maleństwo już nie jest małym nierozumnym maleństwem; swoje widzi, swoje kojarzy i swoje wie; a jeśli niepotrzebnie pokazuję jej świat niekiedy odarty z tęczowej poświaty??? czasami wydaje mi się, że ten klosz nad nią zbyt wielki zbudowałam, a niekiedy – jak dziś – że zbyt brutalna jestem dla jej dzieciństwa; ma dzieciństwo ciut inne niż jej koleżanki; bo jej mama jakoś nie potrafi dopasować się do bycia rodzicem jak inni; zawsze miała ten problem dopasowywania; i tak zostało do dziś; i pewnie zostanie na wsze czasy – amen;
a dziś myślę sobie – przegrałam własne życie;
śmieszne, co?
oby nadchodzące jutro było lepsze; ale i tak się go boję; zaszyć się pod łożkiem i przeczekać do Kiedyśtam;
jak śpiewa ukochany maleńczuk: nic mi się nie chce …